Kto na ostatnią chwilę ogarnia nocleg na długi weekend majowy? My. Miały być Tatry ale wiedzieliśmy, że po polskiej stronie będzie miazga. Człowiek będzie wchodził na człowieka. Czesaliśmy na początku tygodnia booking i airbnb – szeroko i posiewowo – po polskiej stronie nie było noclegu poniżej 600 zł za dobę, później nawet 1000. Zostały perełki za pierdyliardy złotych. Słowacka strona też była przeorana i noclegi znikały migusiem. Capnęliśmy na ostatnią chwilę niezbyt atrakcyjną wizualnie kostkę hotelową w nic nam nie mówiącej miejscowości Liptowski Mikulasz i bez zbędnego zastanawiania klepnęliśmy.
Czwartek wieczorem byliśmy na miejscu. Piątek miał być na luźny rozruch w okolicy, sobota na główną część programu czyli Grześ, Rakoń i Wołowiec od słowackiej strony z Chaty Zverovki.
Śmignęliśmy w piątek z rana nad jeziorko – Liptovska Mara – pozytywnie zaskoczył fakt, że nad jezioro kursują z miasta darmowe busy, są dwa duże darmowe parkingi, na których pracownicy koordynowali ruch, kierowali na właściwe parkingi, jeśli któryś się zapełnił. U nas nie do pomyślenia, by ktoś odpuścił sobie szanse na zarobek w takich okolicznościach. Jeziorko z fajną plażą, budka z jedzeniem i napojami z bujającym Marleyem lecącym z głośnika. Piękna górska panorama na wyciągnięcie ręki.
Później wypad na Chopok. Tym razem wyciągiem – parking pod wyciągiem 8 euro za dobę, wyciąg – 35 euro w dwie strony. Warte tej ceny. Widoki piękne. Wiemy już jak wygląda z góry. Wrócimy tam na nogach. Demianowska Dolina również zasługuje na głębszą eksploracje. Podczas jazdy autem głowa prawie się odkręcała od podziwiania okolicy.
Piątek był dniem niecodziennej mobilizacji. Pobudka o 3 rano. Nie jest to dla nas norma. 45 minut autem pod Chate Zverovke. Parking 8 euro za dobę. Chwilę po 5 był jeszcze pusty.
Pierwsze 6 kilometrów do Grzesia – szlak pusty. Klimatyczna trasa lasem, zielono i kojąco. Przed Grzesiem cudowna polanka z ławeczką i widokiem na okoliczne górki. Pogoda była bajeczna, zero chmurek. Głowa odpoczywa.
Na Rakoniu było już więcej ludzi, na Wołowcu również – ale nie było ścisku, można było znaleźć miejsce na samotny chill. Pamietajmy, że to był długi weekend podczas którego na Hali Gąsienicowej o 5:30 już był tłum.
Na zejściu z Wołowca mijaliśmy już większe grupki pnące się pod górę. Plusem naszej trasy był fakt, że nie schodziliśmy w zapełniająca się już ludźmi Dolinę Chochołowską tylko odbiliśmy zielonym szlakiem na Tatliakovą Chatę. Zielony szlak trawersował sobie miejscami dosyć stromo ale był pusty i oferował genialne widoki. Na Schronisku było już trochę ludzi. Jest opcja, by stamtąd lokomotywą z wagonami przeteleportować się na Chatę Zverovkę. Poczlapaliśmy jednak ostatnie 5 kilometrów asfaltową drogą na parking.
Świetna trasa i nawet w gorącym turystycznie okresie dała szansę na samotność na szlaku.